Posty

Powołanie do samotności?

Dziś w mojej parafii niedziela powołań. Krótkie słowo po Ewangelii (bo nie można tego nazwać homilią, ani kazaniem) wygłosił kleryk Arcybiskupiego Seminarium w Poznaniu.
Wiadomo, że kiedy przychodzi kleryk będzie mówić o powołaniu.

Nie mam nic przeciwko, rozumiem też, że dopiero się uczą i jeszcze są w ich mowie pewne niedociągnięcia. Nie można im za to zarzucić braku zaangażowania.

Co mnie wzburzyło w słowach tego alumna?
To, że sprowadził powołanie człowieka do trzech płaszczyzn (oczywiście tych ziemskich, bo podkreślił, że wszyscy jesteśmy powołani do świętości), z których dla mnie jedna z nich nie jest powołaniem.
Powiedział o powołaniu do kapłaństwa, małżeństwa i samotności.
Raz, że kolejność jest zdecydowanie odwrócona - w pierwszej kolejności człowiek jest powołany do małżeństwa, a w wyjątkowych przypadkach Bóg wybiera sobie kogoś do Jego służby.
Dwa - i co najważniejsze - nie ma powołania do samotności!

Jak Bóg mógłby być tak okrutny, by czyjąś drogę życiową wskazać jako tułac…

Ty też jesteś grzesznikiem

I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz 
J 8,11 

Dobrze znamy dzisiejszą Ewangelię. Tyle razy już ją słyszeliśmy. Prawie na pamięć znamy jej słowa, wiemy co za chwilę się wydarzy. 
No właśnie... Czy do końca na pewno ją znamy, czy ją rozumiemy? 

Może to dla nas tylko jedna z wielu przypowieści o miłosierdziu Jezusa i jednocześnie Jego mądrości. 
Może to dla nas przestroga, by nie naśladować kobiety cudzołożnej. 
Ale pewnie większość myśli, że to była prostytutka, że to jej wina, że zasłużyła na karę, jeśli nie na kamienowanie, to chociaż na publiczne potępienie. 

A tu niespodzianka! Jezus nie wydaje na nią wyroku, ani jej nie potępia, ani jej nie broni. Po prostu wskazuje, że każdy człowiek jest grzeszny, nie może więc oceniać innych. Tylko Bóg może oceniać. 

A my co robimy? Na każdym kroku oceniamy drugiego człowieka, potępiamy go za jego grzechy, zapominając o własnych słabościach. 

Przyjrzyjmy się dla odmiany sobie, zamiast potępiać innych.

Czas stać się dorosłym człowiekiem

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne. 
1 Kor 13, 11

Hymn o miłości Św. Pawła. Kojarzymy go głównie z czytaniem w czasie liturgii ślubnej. Singlom często ten tekst kojarzy się z tym czego im brak - czyli z miłością drugiego człowieka. 

Ale hymn o miłości to nie ta miłość ziemska, ale przede wszystkim miłość Boga do człowieka i człowieka do Boga. To coś czego każdy z nas doświadcza, o ile nie zamknie swojego serca przed Bogiem. 

Kiedy czytam lub słyszę ten tekst jest to dla mnie wezwanie jaka ma być moja miłość względem Boga, a jaka często nie jest. Bo przecież często brak mi cierpliwości w modlitwach, w prośbach. 

Ale dziś szczególnie przemawia do mnie krótki fragment, nad którym większość przechodzi obojętnie słysząc o miłości. 

"Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne". To…

Początek adwentu - początek nowego życia

Łk 21, 36
Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie (...)

Nie mam czasu, teraz nie mogę, jestem zajęta, muszę się przygotować...
Potrafimy znaleźć tyle wymówek, żeby się usprawiedliwić dlatego, że się nie modlimy.
A modlitwa nadaje naszemu życiu sens, pozwala się zatrzymać w tym pędzie życia, odetchnąć i oderwać się od problemów.

Daje nam tyle dobra, tyle łask, a tak od niej uciekamy. Ja też uciekałam. Ale już nie chcę. Ten adwent będzie okresem w którym zmienię modlitwę z trudnego obowiązku w sens mojego życia.

Sacrum i profanum, prawdziwe życie

Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam. Blisko jest Ten, który mnie uniewinni. Kto się odważy toczyć spór ze mną? Wystąpmy razem! Kto jest moim oskarżycielem? Niech się zbliży do mnie! Oto Pan Bóg mnie wspomaga. Któż mnie potępi?
Iz 50, 5-9
Kiedy wsłuchujemy się w Słowo Boże czujemy pokój w sercu, bliskość Boga. Nawet kiedy czytamy o bólu i cierpieniu. Bo to wszystko jest nam bliskie. Czujemy głęboką więź z Bogiem kiedy się modlimy. Potrafimy się tak skupić na rozmowie z Nim, że potrafimy się odciąć od tego, co dzieje się wokół nas.  Ale kiedy kończymy modlitwę i wracamy do "rzeczywistości" (w cudzysłowie, bo co to za rzeczywistość bez Boga), do zwykłego życia codziennego to żyjemy jakby bez Boga. Czynimy to co…

W słabości jesteśmy bliżej Boga

«Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali»(...). Albowiem ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny. 
2 Kor 12, 9.10

Pan Bóg obdarza nas niezmierzoną wielością łask. Ale nie robi tego by nas przytłoczyć, czy nad nami zapanować. On pragnie, byśmy sami przyszli do Niego.
Dlatego, gdy sądzimy, że bez łaski Boga nie damy rady On jakby nam ich odmawia. Bo wie, że gdybyśmy ją otrzymali, to niczego byśmy się nie nauczyli. A dzięki naszym słabościom i ich pokonywaniu odkrywamy obecność Boga w naszym życiu. 
Tak też było ze św. Pawłem, czuł on się niegodny roli, którą powierzył mu Bóg, a do tego przyszła choroba, która sprawiała, że czuł się jeszcze słabszy.
Paweł prosił o pomoc Boga. A On mu odpowiedział, że wystarczy mu to co już otrzymał od Boga, oraz że dzięki swojej słabości będzie silniejszy.

Paradoks?
Tak się wydaje. Ale w życiu duchowym nic nie jest oczywiste. Przecież wiemy, że później św. Paweł był świetnym nauczycielem, głosicielem Słowa Bożego, że dzięki niemu umacni…

Widzieć, wiedzieć, wierzyć...

Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy. Mamy jednak nadzieję i chcielibyśmy raczej opuścić nasze ciało i stanąć w obliczu Pana. Dlatego też staramy się Jemu podobać, czy to gdy z Nim, czy gdy z daleka od Niego jesteśmy. Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre.
2 Kor 5, 7-10
Wiara nie jest prosta. Nie mamy namacalnych dowodów. Te, które mamy nie są w 100% przekonujące. Gdyby tak było, to wszyscy niewierzący natychmiast by uwierzyli. Ale te "dowody" - cuda i znaki, które się dokonywały i dokonują muszą rodzić wątpliwości, że nie możliwe, żeby istniał tylko świat materialny. Musi być jakaś duchowość.  Wiedzieli to już poganie, którzy wierzyli, że za siłą wiatru, czy za słońcem stoi jakieś bóstwo.  My wiemy, że to wszystko to dzieło Boga. Że wszystkie cuda, które działy się na przestrzeni wieków działy się za Jego przyczyną.  To wszystko mówi nam wiara. Wiara, a nie widzenie, j…